Wojenny odmóżdżacz – Sven Hassel „Towarzysze broni”

SvenHassel
Moje kolejne podejście do prozy Svena Hassela spowodowane było chęcią odpoczęcia od poważnej literatury. Odmóżdżenie się co prawda udało, ale nie jestem do końca zadowolony z „Towarzyszy broni”.
Kto czytał już powieści Duńczyka, doskonale wie, że to kłamczuszek. Prawdę historyczną ma za nic, o czym można było przekonać się czytając „Monte Cassino”, w którym – o ile dobrze pamiętam – umniejszał rolę Polaków i posądzał ich o tchórzostwo, tak że wydawca musiał zamieszczać informację ze sprostowaniem. Podobnie z jego historiami – gołym okiem widać iloma warstwami farby je podkoloryzował. Walczący na wielu frontach i kilkukrotnie ranny (przynajmniej według oficjalnej biografii) Hassel opowiada między innymi o tym, jak niemieccy żołnierze na wschodzie jadali wspólne obiady w okopach z Rosjanami, o bezkarnie popełnianych zbrodniach czy – właśnie w „Towarzyszach broni” o tym, jak jego oddział wpierw ucztował z ukrywającym się przez nimi Żydem, a następnie zamordował SS-mana, którzy przyczynił się do jego śmierci. Doprawdy, trudno uwierzyć w te historie, ale nie o prawdę chodzi w powieściach Hassela.

Autor wspomina karny oddział, w którym za towarzyszy miał wiele charakterystycznych postaci, w tym niezwykle silny i głupi Mały, cwaniak Porta oraz wykastrowany i zwykle spokojny Legionista. Wszyscy z ich  – poza wiernym nazistowskim ideom Heidem – kpią sobie z Hitlera i marzą o zakończeniu wojny. Akcja „Towarzyszy broni” rozgrywają się głównie w niemieckim szpitalu, gdzie przebywa część kompanów. Mniej lub bardziej poważne urazy nie przeszkadzają im w upijaniu się w trupa, odwiedzaniu burdeli, wszczynaniu bójek i tym podobnym wydarzeniom. Sęk w tym, że podobne opowieści czytaliśmy u Hassela już setki razy, zatem ich rozrywkowa wartość zdążyła przez ten czas zmaleć. Ileż to już razy Mały kogoś zlał, ileż to burdeli  odwiedzili, w ilu przypadkach udało im się w ostatniej chwili uniknąć poważnych tarapatów. Hassel odgrzewa kilkanaście razy przypalony już kotlet, a to, owszem, odmóżdża, ale na dłuższą metę zwyczajnie nudzi i usypia.

Trzy lata temu zarzekałem się, że kończę przygodę z tym pisarzem. Cóż, trzeba było trzymać się tego postanowienia. „Towarzysze broni” zawiedli, a Sven Hassel przez długi czas nie wróci do moich rąk. To czytadełka niezłe dla młodzieży i być może zachęcą niejednego nastolatka do czytania, bo nie ma nic lepszego niż opisy hulanek, ale ja po prostu z tego wyrosłem.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.