Podsumowanie 2015: TOP 7 polskich rap płyt

TOP7 2015
2015 był, jaki był, wszyscy widzieli. Rewolucji w polskim rapie się nie doczekaliśmy, ale na pewno kilka albumów da się wyróżnić i ocenić na piątkę.

Jeżeli chodzi o ocenę tego roku, to jestem pomiędzy Yurkoskim a Bartkowskim. Obu trudno było wybrać tegoroczne TOP10. Pierwszy z nich cierpiał na nadmiar propozycji, które chciał zmieścić w swoim zestawieniu, drugiemu natomiast w stu procentach podobało się jedynie kilka płyt. Mają ku temu powody: Filip jest rap-pozytywny i jara się nawet Guziorem czy Małymi Miastami, a Dawid hipsteryzuje jak się tylko da. Osobiście uważam, że w tym roku było nieźle, momentami bardzo dobrze, ale żadnego przełomu i nawału płyt, które wyznaczają nowe trendy nie było. Wybrałem siedem płyt, za którymi będę stał murem. Ograniczając tę listę do piątki skrzywdziłbym dwa krążki, a rozszerzając do dziesiątki propsowałbym materiały, co do których mam jakieś zastrzeżenia. Tyle. Zapraszam do sprawdzenia listy i oczywiście dyskusji na temat tego, czego zabrakło, co jest za wysoko, a czego w ogóle nie powinno być, bo niezgodność w kwestii rankingów to rzecz jak najbardziej wskazana.

7. W.E.N.A./Quiz „Monochromy EP”
Wudoe rzucił taki krążek, że zajarałem się nawet ja – gość, który „Wyższego dobra” nie włączyłby do TOP10 podziemia. Nic nie wskazywało na to, że to może być dobra płyta. Ostatnie wyczyny Weny na majku nadawałyby się jedynie do usypiania niemowląt, a Quiz nie należy do muzycznych wirtuozów. A tu proszę: pierwsza zwrotka i przyciągający, ciekawy storytelling o trudnym uczuciu swoich rodziców. Może te historie i przemyślenia nie są przełomowe, a W.E.N.A wciąż rapuje jednym flow, ale zaczął brzmieć jakby odrosły mu genitalia. Chce się go słuchać – tylko tyle i aż tyle. Spora w tym zasługa Quiza, który wytłukł bity, jakich niejeden topowy producent mógłby mu pozazdrościć. Bębny walą jak trzeba, do nich dobrał całkiem niezłe sample i wyszedł mu kawał klasycznego rapu. Zrobiliście to, panowie.

6. KęKę „Nowe rzeczy”
Jestem w gronie nielicznych, którzy wolą „Nowe rzeczy” od „Takich rzeczy”. Problem z debiutem KęKęgo miałem taki, że do dobrze znanych i bardzo lubianych przeze mnie numerów dodano tam kawałki nieco gorsze (może poza „Krucjatą”), co zepsuło mi odsłuch tego krążka; kompletnie niczym nie zaskakiwał. Bezalkoholowy KęKę pozostał sobą: pisze patriotyczno-polityczne numery (pies trącał, że czasami nie ma w nich dogłębnych analiz) i jest swojskim chłopakiem, z którym dzieli się te same problemy. Teksty i stylówka radomskiego rapera to klasa sama w sobie, a jeżeli jest poparta takimi świetnymi singlami jak „Wyjebane” czy utworami jak „Świadomość”, w której zwięźle, ale bardzo obrazowo przypomina, jak zmieniała się władza w Polsce, to mamy receptę na udany album. Jedyne, czego można się czepiać to dobór bitów, ale przy tym rapie schodzą na drugi plan.

5. Dwa Sławy „Ludzie sztosy”
Długo, naprawdę długo wydawało się, że nic lepszego w Polsce nie wyjdzie. Nie raz i nie dwa świetnie bawiłem się podczas odsłuchu tego krążka w przeróżnych miejscach. „Ludzie sztosy” to materiał wypchany hashtagami i wszelkiej maści zabawami słownymi; co się naśmialiśmy dzięki zwrotkom Radosnego i Astka to nasze. W dodatku Sławy wjechały na topowy poziom flow. Ten album miał bawić, sprawiać przyjemność w odsłuchu i wyrywać z butów na koncertach – to się w stu procentach udało. Prawda, że za setnym odsłuchem wersy odgrzewane na „Ludziach sztosach” nudziły, a i na samej płycie coraz wyraźniej zauważało się wady. Irytowały bity, jak i nieliczne suchary przyćmiewały fajne linijki. Jednak z jakichś powodów do tego krążka chciało się te dziesiątki razy wracać i trzeba przyznać, że to był rok Sławów, którzy z podziemnych graczy wyrośli na mainstreamowe gwiazdy.

4. Taco Hemingway „Umowa o dzieło”
Lubisz go czy nie, w rapie to był także rok Taco. Wywiady, artykuły w prasie i na portalach, szczyt listy radiowej Trójki, występ na Open’erze, rymy pisane przez specjalistów od PR-u Piotra i Pawła – działo się wokół tej postaci, o której wieść mozolnie, ale konsekwentnie niosła się w Polskę. Efektem ubocznym tej popularności była naturalnie krytyka i tak ostatnie wydawnictwo Taco Hemingwaya po wstępnych zachwytach zaczęło być rugane przez dziennikarzy. Bo „Umowa o dzieło” to nie poziom „Trójkąta warszawskiego”, bo Taco chce się przypodobać określonemu targetowi, bo w ogóle to on wcale nie rapuje. Całe to zjawisko pokazało, jak opinia społeczna lubi popadać w skrajności: najpierw rapera za szybko wyniesiono na piedestał, później starano się go jeszcze szybciej stamtąd zepchnąć. Sam raper w obu przypadkach nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Ale wracając do płyty – dla mnie to bardzo dobry materiał. Taco przykuwa osobowością, sposobem rapowania, tematami, jakie wybiera czy samym podejściem do nich. „6 zer” i „Białkoholicy” to moim zdaniem jedne z najlepszych (i najczęściej przeze mnie odtwarzanych) numerów tego roku. Reszta również trzyma poziom, a klasy Taco nie odbiorą ani takie wpadki jak „pieczywo ciemniejsze niż prezydent Obama” czy utwór „Następna stacja”, który drażni swoją prostotą. Żeby już nie przedłużać: czekałem i się nie zawiodłem.

3. Kościey „T.W.B. Era” 
Siłą Andrzeja jest zdolność do opowiadania historii. Robi to niesamowicie lekko, z ironią, pewną dozą naiwności i pozornie niewinnie, jednak w jego opisach pełno celnych spostrzeżeń dotyczących tego, co działo się w Polsce zarówno w latach 90., jak i dzieje się teraz. Nie sposób go za to, a także za opowieści o swoich pierwszych kontaktach z dziewczynami, nie lubić. „T.W.B. Era” to też bardzo równa pozycja zarówno jeśli chodzi o rap, jak i bity – bardzo nowoczesne, ale nie wbijające się agresywnie w mózg. Tak jak napisałem w recenzji: „Kościey to typ bohatera, który na ostatniej prostej potrafi poślizgnąć się na skórce od banana”. Z tego powodu ten krążek można wrzucić z rozpędu do szuflady „rap dla beki” – i dlatego pewnie stwierdzicie, że popłynąłem wrzucając go na podium –  ale to totalnie niesłuszna ocena. „T.W.B. Era” to album, z którego naprawdę sporo zostaje w głowie i chce się do niego wracać.

2. Lilu „Outro”
Rozpłynąłem się już podczas pierwszego odsłuchu tej płyty. Ujęła mnie ta wyluzowana Lilu rzucająca fajnie poskładane rymy i opowiadająca o swojej trudnej miłości z rapem. To kwintesencja hip-hopu, jaki pokochałem: bez spinek, z naciskiem na technikę, z przyjemnymi follow-upami i całym tym truskulowym bagażem. Łukasz Łachecki komentując zwrotkę Wankeja na tej płycie (swoją drogą bardzo przyjemną) napisał, że „wystarczy być sympatycznym, charyzmatycznym ziomkiem, by być czołowym polskim raperem” i chociaż Łukasz nieco przesadził, to można podobne słowa powiedzieć o Lilu i jej „Outro”, które właśnie ta sympatyczność wynosi na tegoroczny szczyt. Raperka z Łodzi łatwo unika też zarzutów, jakie spotykają inne raperki: nie próbuje być ani głosem kobiet, ani nie stara się być chłopczycą. Jest bardzo kobieca, szczególnie gdy śpiewa o miłości, ale i twarda, wtedy gdy zaznacza swój teren (głównie przez alkoholowe nawiązania – słowa „kielon” i „browar” oraz picie wódki z gwinta pojawiają się kilka razy). Uwielbiam ten balans w jej rapie i dlatego „Outro” to dokładnie to, czego można było oczekiwać od jej najnowszego albumu. Mam tylko nadzieję, że Lilu nie dotrzyma słowa i jeszcze kiedyś pokusi się na rapowy krążek.

1. BonSoul „Lepiej nie pytać”
Do tej pory trudno mi się pozbierać po niektórych linijkach, jakie rzucił tu Bonson. Teksty o jego doświadczeniach i życiowych porażkach potrafią rozłożyć na łopatki tak, że zamiast je jakkolwiek komentować, trzeba sobie chlapnąć coś mocniejszego. Słyszeliśmy to od Bonsona już wcześniej, ale dobrze zrobiło mu zejście do podziemia. Czuć, że nie ciąży nad nim żadna presja, wersy wylatują z niego naprawdę lekko i jest w tym naturalność, której wcześniej nieco brakowało. Nie rażą nawet te rzucane co drugi wers bluzgi: „Lepiej nie pytać” to sto procent Bonsona w Bonsonie (przynajmniej na rzut ucha kogoś, kto osobiście go nie zna). Być może ta zwyżkowa forma rapera to zasługa potężnych, brudnych i doskonale brzmiących bitów SoulPete’a, który napędził swoimi bębnami kolejny projekt. Podkłady do „To znowu BS” i „Lepiej nie pytać” to czołówka ubiegłego roku. Ponownie między tymi twórcami wytworzyła się chemia, która zaowocowała bardzo bezpośrednim i wywołującym spore emocje albumem. Kawał dobrego rapu. W roku najlepszego.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.