Debiut i nic więcej – Zakamarki kolekcji #11

Za cztery dni minie piąta rocznica wydania „Breakfast” – debiutu zespołu Chiddy Bang, który od tamtej pory niczego nowego nie wydał.

21 lutego 2012 roku. Co wtedy robiłem? Pewnie słuchałem opowiadań kumpli o tym, jak było na studniówce. Na blogu hejtowałem „Sixpack 2” Erkinga i NNFOF, a także pisałem o religii. Zastanawiałem się, czy iść na anglistykę czy dziennikarstwo. Przegrywałem życie prowadząc w Football Managerze kluby z Hongkongu lub drugiej ligi Peru. Zaczynał się ostatni semestr liceum, więc zwykle po lekcjach chodziliśmy z kumplami na piwo i gadaliśmy o laskach. O, jeszcze chyba miałem złudzenia, że zostanę polskim raperem.

Chociaż wtedy tak nie myślałem, to były całkiem wesołe czasy. Mniej obowiązków, więcej czasu na muzyczne poszukiwania. Słuchałem wtedy wszystkiego – Boba Dylana, który zadziwiał mnie swoją liryką, Leonarda Cohena, którego próbowałem nieudolnie tłumaczyć, KATa, którego podrzucała mi koleżanka, K-Rino z takimi punchami jak: You so stupid it’s a trip, how can you keep it coming? / You thought the human race was a bunch of people running. Do tego soulowy Maverick Sabre, spoken word Wojtka Cichonia, świetny koncept album Mickey’ego Factza, „Milczmen Screamdustry”, Kendrick – masa totalnie różnych płyt przewinęła się przez moje głośniki. W sumie dalej tak jest, ale wtedy każdy kolejny album witałem jak coś totalnie odjechanego, nowego, odkrywającego mi muzyczny świat. Fajne było, no.

Jedną z przygrywających mi w 2012 roku płyt było „Breakfast” Chiddy Bang, stojące jakby w opozycji do większości ambitniejszych, „większych”, lepszych płyt, jakie wtedy poznałem. To niezobowiązujący, niebywale luźny, żwawy poprap z masą tanecznych sampli i chwytliwych melodii. Idealny na pomaturalne piwo, wieczorne ogniska czy nietrzeźwe powroty do domu.

Chiddy Bang tworzyło dwóch gości. Rapujący Chiddy miał naprawdę dobre flow, niezłe zaczepne linijki, do tego rapował na tyle wyraźnie, że dało się go bez trudu zrozumieć (co było dla mnie bardzo ważne), a za te poprawiające humor, słoneczne produkcje odpowiedzialny był Xaphoon Jones. „Breakfast” miało ten beztroski, nastoletni sznyt, nawet poruszane tam tematy są nieco gówniarskie – odwracanie losów meczu w kosza w ostatniej kwarcie, spełnianie marzeń, rozterki dotyczące seksu w prezerwatywie czy w ogóle tego, czy dziewczyna kocha czy nie. Nic głębokiego, proste tematy, proste linijki, ale bardzo aktualne dla 19-letniego chłopaka, no i podane w sposób zmuszający do tańca. Między mną a „Breakfast” szybko zrodziło się uczucie, które trwa do dziś. Naprawdę dobrze włączyć ten krążek latem w samochodzie.

Mniejsza jednak o mnie – recenzje były różne, ale płyta sprzedała się całkiem nieźle, wydawało się, że kolejnym krążkiem panowie mogliby ugruntować sobie pozycję, jednak w 2013 roku Xaphoon ogłosił swoje odejście. Zmienił ksywkę na Noah Breakfast i działa na własny rachunek. Na SoundCloudzie można posłuchać jego dokonań, ale nie ma tam szczególnych konkretów. Chiddy z kolei bije rekordy Guinnessa w rapowaniu bez przerwy i odkąd pamiętam zapowiada następną płytę. Była mowa, że jest w 50% jest skończona, pojawiały się single, całkiem niedawno raper wrzucił następny numer („Full Speed Ahead„), ale to nie ten sam poziom. Dalej słychać, że to Chiddy, ale brak w jego rapie sznytu, dzięki któremu „Breakfast” przykuwał uwagę, więc trudno przypuszczać, by nowy krążek dorównał debiutowi.

Jedna świetna płyta (bo wcześniejsze mixtape’y i EPki są nieco słabsze) i tyle. Szkoda, że to tak szybko się skończyło. Na szczęście Chiddy Bang zostawili po sobie tak świetne kawałki jak „Ray Charles” czy „Mind Your Manners”. Włączcie je sobie i niech to posłuży za podsumowanie tego wpisu.

 

 

Aha, płytę można dorwać w Polsce za max. 20zł. Więcej niż warto.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.

  • Michał Kurczak

    swietny album trafilem na niego w momencie wydania i kozak