W drodze na Everest – Hubert W. „Kaukaz”

Ras każe stewardessom pozdrawiać swoje ego znajdujące się w chmurach, Quebonafide prosi o to astronautów, Hubert W. jest znacznie bliżej ziemi, bo dopiero na Kaukazie.

Wiecie, jak to jest z ludźmi, którzy podsyłają rzeczy do przesłuchania. Na dziesięć osób trafi się jedna perełka, dwóch znośnych graczy, a pozostałych siedmiu nie da się dosłuchać do końca – i mówię tu o pojedynczych kawałkach, a nie o całych płytach, bo zazwyczaj tak to działa. Gdy Hubert W. wysłał mi w styczniu informację o tym, że planuje wydanie krążka i załączył link do ściągnięcia całości przez sekundę wahałem się, czy pobrać „Kaukaz”, ale… najpierw przypomniałem sobie, że kojarzę tego gościa z niezłego kawałka na bicie Eproma, później rzuciłem okiem na tracklistę, na której znalazłem wśród producentów takie ksywki jak BobAir, Wrotas, Rau czy Jordah, jeszcze później dojrzałem, że Hubert zadał sobie trud, by wysłać płytę też w formacie WAV. Postarał się, by wszystko wyglądało jak najlepiej.

Przesłuchałem album, wymieniliśmy kilka maili, Hubert pisał, że celuje w poważną wytwórnią, że uważa materiał za dopracowany, że chciałby, żebym napisał recenzję, nawet krytyczną. Zależało mu, widać było w nim determinację, której nie sposób było nie docenić oraz profesjonalne podejście. No i przede wszystkim trzymał poziom, jeśli chodzi o rap.

„Kaukaz” rozpoczyna się numerem „Raport”, który – jak mówi sam autor – jest follow-upem to „Raportu z walki o wartość” Bisza. Rzeczywiście czuć tego „starego” Bisza w rapie Huberta W., zresztą nie tylko w tym numerze. Nie chodzi bynajmniej o kserowanie flow, bo pod tym względem nie widać między nimi podobieństw, ale o to, czym się kierowali obaj bydgoszczanie To bunt, płynięcie pod prąd, przekonanie, że wytrwała i ciężka praca może przynieść efekty, ale też poczucie beznadziei. „Wracam zjebany ze studia, deszcz pada mi na mordę, tak jak ja po ciężkich treningach na chacie, siedzę nad tekstem, który dokończę w nocy, ale czego nie zrobię, to nie docenisz, palancie” rapuje w „Deanie Smithie” Hubert, co można by porównać do Bisza, który już na „W stronę zmiany” w numerze „W błędnym kole” rapował o swojej bezsilności i nieudanych próbach przebicia szklanego sufitu. Na „Kaukazie” pełno jest zresztą osobistych tekstów Huberta o walce z samym sobą, o przesuwaniu kolejnych granic i kierowaniu się własnym kręgosłupem moralnym – bo jak rapuje w tytułowym utworze „wierzy w ludzi niezłomnych jak Nil”.

Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to Rau i Bob Air zaczynają płytę sążnymi bangerami. Ten drugi zostawił typowy dla siebie bit z potężną perkusją i bassem, który jest jednym z lepszych jego podkładów w ostatnim czasie. Następnie w chyba najlepszym utworze „Tylko” (ten genialny Kay w refrenie!) mamy pełny cykaczy słoneczny podkład Wrotasa Dalej…

I tu muszę dodać łyżkę dziegciu. Bo dalej wszystko jest okej. Teksty trzymają poziom, flow też nie schodzi poniżej średniej krajowej, bity także są okej, choć brak już bangerów i słońca, a wchodzimy w nieco mroczny, trochę melancholijny klimat, pojawiają się sample i wolniejsze tempo. I gdzieś w tym wszystkim „Kaukaz” traci na impecie. Wciąż padają niezłe linijki, ale nie ma jakichś oszałamiających wjazdów z buta czy podkładów, do których chce się skakać. Jest solidnie. A przydałoby się coś więcej: albo kilka tak melodyjnych refrenów jak ten Kaya, albo mocnych podkładów, albo agresywniejszej nawijki, jak z dwóch pierwszych numerów. Hitów. Kawałków, dla których chciałoby się ponownie odpalić „Kaukaz”. I znowu. I jeszcze raz.

A teraz, prawdę mówiąc, nie jestem przekonany, że będę regularnie wracał do tego krążka, choć „Tylko” na pewno jeszcze niejednokrotnie zagości w moich głośnikach.

Ogólnie rzecz biorąc, to porządny krążek. Tak jak pisałem, szanuję podejście Huberta do tego, co robi i doceniam, ile serducha wsadził w tę płytę. Jest na Kaukazie. Całkiem wysoko, bo Elbrus, najwyższy szczyt tego pasma, to aż 5642 m n.p.m. To teraz czas na Kilimandżaro, McKinley, Aconcaguę i oby do Everestu. Z takim podejściem i poświęceniem to możliwe.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.