PTP „#4 Poezja twojego podwórka” [recenzja]

Długo zbierałem się do zrecenzowania tego albumu. Po pierwsze dlatego, że odwlekałem moment włożenia tego krążka do odtwarzacza. Po drugie dlatego, że kiedy już „Poezja twojego podwórka” znalazła się na mojej playliście, nie mogłem zmęczyć jej w całości. Jednakże w końcu się przełamałem, nowy krążek PTP wziąłem ze sobą do samochodu i zacząłem przemierzać z nim kilometry.

Analogicznie do Antoniego Słonimskiego, który pewną sztukę teatralną zrecenzował krótko i dobitnie: „Pierwszy wyszedłem”, mógłbym napisać: „Pierwszy wyłączyłem”. Niestety, kilka odsłuchów „Poezji twojego podwórka” musiałem zaliczyć. Męczyłem się niezmiernie, słuchając miałkich tekstów i średniego flow raperów z PTP. Dirty south przeniesiony na polską ziemią brzmi dość prymitywnie. Zresztą za oceanem tak samo.

Nie mam w planach roztrząsania każdego elementu czwartej płyty PTP. Zatem krótko: „Poezja twojego podwórka” to festiwal:
a) dirty southowych podkładów. Czyli jak nie wiesz, jakim dźwiękiem urozmaicić track, to wsadź cykacze. Tworzy to „bangery” („no jak to się nie jarasz, idealne na imprezkę, Ty pewnie puściłbyś Eldokę, beka xd”). Jak lubisz, to spoko, ja raczej odbijam od tych klimatów.
b) prostych, schematycznych tekstów. Imprezy, wiadomo, konwencja gatunku. Poza tym jedność, lojalność, braterstwo i tym podobne.
c) banalnych rymów. Chociaż jeden raper ostatnio rymuje: „dupy/brzuchy/ciuchy” i dla słuchaczy to nie pro8b3m.

Ja jestem na nie. Nie dla mnie tak płytka, miałka i nieciekawa muzyka. Jednak skoro w Stanach południowcy radzą sobie znakomicie, to nie dziwię się, że i w Polsce są próby skserowania tego stylu. I to całkiem udane, bo raperzy z PTP raczej nie narzekają na fanbase.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.