Po skoku na głęboką wodę – Michał Tomasik „Save It for Yourself”

Poprzednią recenzję płyty Michała Tomasika aka T.O.M.S.a zatytułowałem „Tuż przed skokiem” wieszcząc, że na następnym krążku raper powinien zaatakować scenę. Michał się odważył: wziął rozpęd, rzucił się na głęboką wodę… i nie utonął.

T.O.M.S ma 27 lat. Na zdobywanie rzesz fanów w polskim rapie może być nieco za późno, szczególnie patrząc na to, w jakim wieku są wypływający co chwila raperzy. Tekstowa i muzyczna dojrzałość Tomasika sprawi, że kilka lat młodsi, lecz o wiele mniej doświadczeni przez życie słuchacze nie będą mogli się utożsamiać z jego numerami. Z zasady „Save It for Yourself” trafi do słuchaczy w jego wieku: tych, którzy co nieco zdążyli już przeżyć i rozumieją, co siedzi Michałowi w głowie, a także tych trochę bardziej osłuchanych z rapem.

W podobnym wieku był Mes, gdy „zamachiwał się” na przeciętność. Ten Typ pojawia się tutaj nie bez kozery: już w ocenach „Hold That Thought” pojawiały się opinie, że T.O.M.S przypomina warszawiaka, a po premierze „Save It for Yourself”, gdy zostawiłem na Twitterze wpis na temat tej płyty w jednej z odpowiedzi padły słowa: „Taki nienaćpany Mes, fajne”. Podstawowym argumentem stojącym za tym porównaniem jest fakt, że obaj dysponują dość wszechstronnym flow: Tomasik rzadko kiedy „normalnie” rapuje, w ogóle trudno nawet zdefiniować jego styl, bo zmienia go niemalże co kawałek. Zaczyna śpiewem, którego ogólnie rzecz biorąc całkiem sporo na płycie i nie chodzi o to, że podśpiewuje końcówki albo refreny, wspomagając się do tego autotune’em. Śpiew Tomasika jest tak pewny, że opiera na nim całe swoje numery. W rapie z kolei T.O.M.S też czuje się jak ryba w wodzie: rzucanie pojedynczych wersów, przyspieszanie, eksponowanie emocji czy rapowanie pod przyspieszający bit w „Adulthood” – takich popisów znajdziecie na pęczki. A już najbardziej doceniam to, że niektóre kawałki to nie dwie albo trzy szesnastki i czterowersowy refren, a po prostu przemyślane, mające swoją formę utwory. Spójrzcie na tekst do „Your World” – na pierwszy rzut oka to przecież wiersz, a nie hip-hopowy numer i choć może liryką Tomasik dorównuje poetom, to stara się, by jego twórczość unikała ram.

Warstwa muzyczna jest równie eklektyczna: sample z Muddy Watersa przecinają się z elektronicznymi dźwiękami, słoneczne piszczały rodem z Kalifornii stoją obok podkładów opartych głównie na instrumentach klawiszowych, a gdy wybrzmi już gitara Marcina Kiragi, zaczyna się spokojny, melancholijny wręcz „Classic”. Mimo całej tej muzycznej różnorodności, udało się zachować wspólne pierwiastki. Tomasik to nie gość z podejściem: „Aaa, tu jakiś niuskulowy bangerek walniemy, tam coś spokojniejszego na klawiszach, żeby laski się jarały, no i jeszcze żywe instrumenty wciśniemy, żeby pokazać jak obcuję z wielką muzyką”. Nie. Pod względem muzyki na „Save It for Yourself” wychodzi jego dojrzałość i wyczucie.

Nie wiem, czy słusznie, ale mimo kilku luźniejszych i zabawniejszych momentów (doskonały „Allergen”!) odbieram „Save It for Yourself” jako gorzki materiał. Słychać tu 27-letniego gościa, który co prawda ma fajne życie i mimo „zapie*dalania do pracy z językiem na brodzie” chyba wszystko u niego okej, ale gdzieś już zaczynają się refleksje, że przecież mogło być lepiej, że przecież miejsce, w którym jesteśmy to o wiele bliżej niż powinniśmy być, że walimy głową w sufit i sytuacja się nie poprawia, że przecież, do jasnej cholery, zasłużyliśmy na więcej. Może to efekt wersów takich jak: „Czy nie wku*wia ciebie fakt,  że jak masz 25 lat / to wtedy dopiero to kumasz, jak się potencjał marnuje / jak miałeś wszystko na swojej dłoni / a teraz ch*j, nic nie przyswoisz” z „The Burden of Youth”, ale na pewno nie jest to płyta do leczenia ludzi z depresji.

Rafał Samborski, dziennikarz m. in. Interii i Noisey, napisał o tej płycie: „Sorry, ale jak po tej płycie Michał nie dostanie żadnego oficjalnego kontraktu w większej wytwórni to znak, że polski rap się skończył zupełnie”. Wypada się zgodzić, tym bardziej że skoro Adi Nowak, przypominający mi Michała jeśli chodzi o kreatywność, wślizgnął się do pierwszej ligi, to dla Tomasika też powinno znaleźć się tam miejsce. A nawet jeśli nie, to doceńcie to, co robi, takich MCs nigdy mało i prawie zawsze, niestety, bazują na mniejszych, choć wiernych fanbase’ach, a komentarz czy mimochodem zostawiony lajk znaczy dla nich o wiele więcej niż możecie się spodziewać, więc  zamówcie płytę albo po prostu dajcie mu znać, że wam na nim zależy.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.