Mic „6 stóp nad ziemią” [recenzja]

Wbrew pozorom trudno jest obecnie znaleźć dobry, truskulowy rap. Chociaż ten odłam cieszył się sporą popularnością jeszcze kilka lat temu, teraz większość jego przedstawicieli albo gdzieś znikła, albo w pędzie za amerykańskimi trendami zmieniła styl. Nie twierdzę, że to zła tendencja, wszak progres jest wskazany, ale stygmatyzowania truskulu nigdy nie rozumiałem. „6 stóp nad ziemią” doświadczonego Mica pokazuje, że można dalej nagrywać w „starym stylu” i nie brzmieć jak sprzed epoki. 
Najprzyjemniej słucha się storytellingów tego łódzkiego rapera, których na płycie nie brakuje. W „Django 2.0” razem z Kopkiem przenoszą historię bohatera znanego z filmu Tarantino do czasów współczesnych i dopiero wtedy, po ponad 150 latach, dokonuje się zemsta na rodzinie Calvina Candiego. „Nowy wspaniały świat”, inspirowany książką Huxleya, traktuje o upadającej i gubiącej się w metropolii młodej dziewczynie. Konceptualny track „Mr. Nice Guy”, gdzie Mic opowiada o sobie najpierw z perspektywy sąsiada, później ze swojej przyciąga oryginalnością. Jedynie „Jeden moment” z krótkimi historiami ludzi, którym w chwilę zmienił się świat wydaje się być przewidywalny już od pierwszych wersów. Kiedy autor „6 stóp nad ziemią” wybiera inną tematykę również wypada co najmniej poprawnie – nie sposób nie uśmiechnąć się, kiedy opowiada o trudach utrzymania zdrowego trybu życia w „Na zdrowie”.
Bity uciekają od klasycznego, zapętlonego na szesnaście wersów schematu. Sporo z nich podszytych jest lekkostrawną elektroniką. Efen, główny producent albumu, gra zdecydowanie mniej głośno niż na „Nowych zmiennych”, ale za to zdecydowanie bardziej dopracował swoje podkłady. Niekiedy uderza bardziej bangerowym akcentem, ale chillujący, ciepły bit do tytułowego utworu pokazuje, że i w takiej stylistyce dobrze sobie radzi. Trzy bity dołożył Rowlf The Dawg, który jest zdecydowanie bardziej hip-hopowy niż w swoich skwerowych beattape’ach. Stworzył np. napędzający bit w „Django 2.0”, ale swój elektroniczny sznyt zostawił w „Na zdrowie”. 
„6 stóp nad ziemią” to 45 minut dobrego rapu. Nie genialnego, nie świetnego, ale też nie słabego i nie nudnego. Mic nie ściga się we flow, nie nawija o pierdołach, nie ma też znanych gości – stąd materiał nie zrobi internetowej furory. Ale, kurczę, niejeden słuchacz powinien docenić ten album, bo aż wstyd, że takie albumy przechodzą kompletnie bez echa. 
 

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.