Marcin Wolski „I stała się ciemność: Opowiadania niepublikowane” [recenzja]

Tekst reklamujący „I stała się ciemność” mógłby wyglądać następująco: „Znużony czytaniem opasłych powieści? Potrzebujesz chwili wytchnienia od filozoficznych dzieł? Przydałaby ci się książka do podróży autobusem? Opowiadania Marcina Wolskiego są właśnie dla ciebie!”.

Na „I stała się ciemność” składają się dwa dłuższe opowiadania: tytułowe oraz „Dziennik znaleziony w taczce”, a także ponad dwadzieścia krótszych, pisanych do magazynu „60 minut na godziną”. Historie i historyjki Wolskiego, pisarza i publicysty związanego m.in. z „Gazetą Polską” i „Do Rzeczy”, pochodzą z okresu PRL-u, jednak publikacja niektórych została przerwana przez cenzurę. Nawet po latach idealnie nadają się na lekturowy przerywnik między poważnymi dziełami, gdyż są niebywale lekkostrawne i podlane humorystycznym sosem.

„I stała się ciemność” opowiada o dziennikarzu wysłanym do Czartowa, gdzie dzieją się rzeczy fantastyczne. Zaniepokojeni mieszkańcy tej zabitej dechami wsi mówią o diabłach i ostrzegają, by nie wchodzić do nieczynnej kopalni, która zdaje się prowadzić aż do samych piekieł. Wesoła to opowiastka, choć miejscami akcja przyspiesza, a bohaterowie muszą stawić czoło dziwnym stworom z wnętrza Ziemi…

„Dziennik znaleziony w taczce” to zapiski wysoko postawionego komunistycznego polityka, który powoli pnie się w hierarchii władzy, kombinuje i stara się uprzedzić zamiary innych kombinatorów. Bohater rządzi posłusznym ludem niczym Edek z „Tanga” Mrożka – słomę z butów próbuje chować w salach teatralnych, potrafi „zadbać” o swoją edukację oraz wepchnąć zaufane osoby na wysokie stanowiska. Chociaż Wolski, używając stylu pewnego swojej potęgi buca, hiperbolizuje jak może, znakomicie przedstawia realia komunistycznej władzy. Co przerażające – nie wydaje się, by historia ta się zdezaktualizowała.

Opowiadania Wolskiego czyta się jednym tchem, łatwo się od nich oderwać i nie zaprzątają nadmiernie umysłu, jednak autor gdzieniegdzie w subtelny sposób pokazuje absurdy rzeczywistości. Nie tylko ówczesnej, bo wiele z nich, szczególnie tych pisanych do „60 minut na godzinę”, to uniwersalne historie. Sprawdziłem na sobie: „I stała się ciemność” nadaje się do podróży autobusem i pozwala na oddech między tomiskami z mniej przystępną zawartością.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.