Flint „Stary, dobry Flint” [recenzja]

Nazwa trzeciej legalnej płyty Flinta sugeruje, że będzie to jego powrót do starych, dobrych czasów – czytaj: będzie truskulowo do bólu, punche będą latały w tę i we w tę, a niektórzy MCs poczują się urażeni bezczelnie rzucanymi wersami. Na szczęście „Stary, dobry Flint” aż takim powrotem nie jest.

Wydana w Koka Beats płyta warszawskiego rapera naturalnie nawiązuje do jego wcześniejszej twórczości czy też nawet odgrzewa patenty wykorzystywane już kiedyś w rapie. Umówmy się, o blokach się już zdążyliśmy się nasłuchać, o kobietach raperzy powiedzieli nam wszystko, jakichś tam prostych konceptów również było na pęczki. Ale, ale. Flint jest tego w pełni świadomy (dowodu szukajcie w wywiadze dla RapSesji) i chce w te wyeksploatowane tematy tchnąć nieco świeżości oraz zaprezentować osobiste historie.

A życie warszawskiego freestylera przepełnione jest kobietami – kochankami, przyjaciółkami, ciotkami i matką. (Szczególną rolę odgrywa ciocia Bożenka, która jest bohaterką przesympatycznej akcji Flinta). Emocje dość płynie przechodzą z tych negatywnych do pozytywnych i chociaż podobnych opowieści słuchaliśmy już nieraz, to „Stary, dobry Flint” nie wzbudza odruchu wymiotnego. Wręcz przeciwnie.

Przyczynia się do tego w dużej mierze muzyka. Ta również nie wróciła do korzeni, do zapętlonych na szesnaście wersów prostych sampli i przewidywalnych przejść. Chociaż sample naturalnie są, to Flint postanowił dodać do nich żywe instrumenty – i działają one jak młody, szybki zawodnik wprowadzony w 70 minucie meczu piłkarskiego. Pianino elektryczne i bassy BartVadera dodają świeżości, podobnie jak motywy gitarowe (elektryczne i klasyczne) zagrane przez Piotra Kaźmierczuka. Od elektronicznych tematów odłączają nas chilloutowe „Kobiety” i dość spokojny bit Szczura z „Sieję dobro, sieję zło” (kolejna zwrotka Muflona, która zmusza do wyczekiwania jego płyty). Aranżacje są momentami nieoczywiste, ale zawsze lekkostrawne, muzycy świetnie wykorzystali zostawione im miejsce, a dodane gdzieniegdzie skrecze również wpasowały się bardzo dobrze.

„Stary, dobry Flint”, chociaż odbiega od Flinta z poprzednich legalnych wydawnictw, nie jest zdecydowanym powrotem do początkowej twórczości warszawiaka. Połączenie starego z nowym wyszło zgrabnie i schludnie. Kupuję to więc zarówno muzycznie, jak i pod względem raperskim, mimo tych powtórzonych tematów tudzież jednego flow. Coś w tym jest i miło było to „coś” poznać.

 

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.