Consilia Maria Lakotta „Mariska z węgierskiej puszty” [recenzja]

Jak głosi stare powiedzenie: „Węgier, Polak dwa bratanki i do konia, i do szklanki. Oba zuchy, oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi”. Od dawna nasze narody darzą się ogromną sympatią, jest też wiele wspólnych elementów w naszej historii ostatnich trzech stuleci. Już w „Lalce” Prusa znajdujemy postać Ignacego Rzeckiego, który walczył w 1848 roku w powstaniu mającym przywrócić Węgrom niepodległość. Następnie Madziarzy – tak jak Polacy – cierpieli podczas wojen światowych, aż w końcu byli prześladowani przez brutalne komunistyczne rządy, które między innymi w znacznym stopniu ograniczyły władzę Kościoła.

Akcja „Mariski z węgierskiej puszty” Consilii Marii Lakotty obejmuje okres od 1910 do śmierci Stalina w 1953 roku. Tytułowa bohaterka, prosta, pracowita kobieta, po wielu latach oczekiwania poślubia Jarosa, który jest czikosem, czyli pasterzem koni. Za zgodą hrabiego von Czolny, ich dotychczasowego chlebodawcy, małżonkowie zaczynają prowadzić niewielką karczmę, stopniowo powiększając swój skromny majątek. Jednak nawet tak pokorni i religijni ludzie są doświadczani przez los, co więcej – nadchodzi wojna i odciska piętno na ich rodzinie.

Węgierska puszta, czyli nizina w dolinie Cisy, jest pozbawiona superbohaterów. Wszystkie nieszczęścia, a jest ich wiele, Mariska przyjmuje spokojnie, we wszystkim widzi palec Boży. Wydaje się, że tylko wiara utrzymuje ją przy zdrowych zmysłach i nie pozwala jej się poddać. Nawet tragiczne wydarzenia nie sprawiają, że buntuje się przeciw Bogu. Jedynie komunistyczna władza, pozbawiająca księży głosu i wkraczająca na niezależny dotąd teren Kościoła, wprawia Mariskę we wściekłość, której nie może zdusić. Atak na Boga jest bowiem dla węgierskiej ludności czymś gorszym niż obie wojny światowe, zaczyna ona protestować i bronić księży, którzy nie przeszli na rządową, komunistyczną stronę.

Powieść Lakotty to również miłość pokazana ze wszystkich możliwych stron. Ta szczęśliwa, między Mariską a Jarosem, gotowa do poświęceń, szczera i budująca; ta gwałtowna, między bratem Jarosa, Gaborem a hrabianką Juliską, w której pełno jest emocji i iskier, ale też gniewu i niezrozumienia. To również miłość nieszczęśliwa, zataczająca pokoleniowe koło, i wreszcie wielka miłość matki do dziecka wstępującego do stanu duchownego.

Nie ukrywam, że pierwszą część powieści czytało mi się topornie, co chwila zatrzymywałem się i odkładałem lekturę na później. Rwana fabuła oraz szybkie przeskoki między wydarzeniami nie pozwalały na zadomowienie się w węgierskiej wiosce. Im dalej w fabułę, tym bardziej bohaterowie nabierali kolorów i wyrazistości, a kraj naszych bratanków stawał się coraz bardziej przyjazny i podobny do naszego. Wiele mamy też wspólnych cech, takich jak patriotyzm, katolicyzm, przywiązanie do ziemi i istotna rola rodziny, toteż blisko nam do Węgrów.

„Mariska z węgierskiej puszty” dedykowana jest matkom kapłanów, a skierowana do wszystkich wrażliwych kobiet. Ja ani nie jestem kobietą, ani nie mam dzieci, więc, jak łatwo można się domyślić, powieść Lakotty mnie nie porwała. Brakowało mi dynamicznej akcji, z trudem brnąłem przez opisy codziennego życia, czekając na zwroty akcji. Tych jednak nie było, autorka zgrabnie i bez pośpiechu doprowadziła fabułę do końca, w którym przez wiele tragedii zaczęło przebijać się dla Węgrów światło wyzwolenia.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.