Awanturniczy soundtrack – VOŁOSI „Nomadism”

Koń już zmęczony galopem, więc trzeba go rozsiodłać i dać mu chwilę na poskubanie trawy. Lecz zanim nazbieram drew do ogniska, mam chwilę na oparcie się o drzewo, wzięcie w ręce pióra i papieru oraz skreślenie kilku słów o tej muzyce, cóżem ją słyszał w mieście…

Wstęp powodowany jest tym, że wciąż towarzyszy mi „Trylogia husycka„, przez którą mój umysł coraz częściej przebywa na skraju średniowiecza i renesansu. Przygody, uczty, ocieranie się o śmierć, Inkwizycja, wojny, kobiety – dzieje się co niemiara. A niedawno wpadła mi w ręce płyta „Nomadism” zespołu VOŁOSI i już podczas pierwszego odsłuchu zacząłem zastanawiać się, do których fragmentów powieści pasowałyby poszczególne utwory. Zresztą nie musi to być powieść Sapkowskiego – ta muzyka z pewnością ubarwiłaby jakąkolwiek awanturniczą historię dziejącą się przed wiekami, dlatego twórcy filmów powinni mieć baczenie na to, co tworzą VOŁOSI.

Z drugiej strony nie wiem, czy akurat takie skojarzenia odpowiadałyby samemu zespołowi, bo to nie typowa muzyka średniowieczna i nie wydaje mi się, by zamiarem muzyków było stworzenie takiej, ale… skoro płyta nazywa się „Nomadism”, a sami we wkładce płyty piszą o tym, jak ważna jest wolność, to pozwolę sobie na wolność interpretacji.

Zaczynamy naszą historię. Bohater – niech będzie to pasujący do tej roli Reinmar z Bielawy z kart powieści Sapkowskiego – wjeżdża do miasta, w którym jeszcze nigdy nie był. Jest wiosna, kwitną kwiaty, słońce oświetla kamienne budynki, kościoły, warsztaty, ratusz, a także pochowane w węższych uliczkach burdeliki i karczmy. Na rynku tłumy ludzi, jedni kupują, inni patrzą na to, jak przy pręgierzu chłostany jest lokalny rzezimieszek. Reinmar patrzy na wszystko jak zaczarowany, jakby po raz pierwszy widział takie widoki. W tle oczywiście „Tsavkisi” z bardzo chwytliwą, choć spokojną melodią i posuwistymi ruchami smyczka.

Chwilę później przyspieszamy tempo, do czego idealnie nadaje się „Downhill”. Muzycy pędzą, podobnie jak Reinmar, który dostrzegł, że jego dawni wrogowie także wizytują miasto. Zaczyna się szaleńczy pościg – bohater przeciska się przez tłum, goni go trzech groźnie wyglądających facetów. Reinmar wywraca stragany, warzywa i owoce przy akompaniamencie klątw sprzedawców toczą się po bruku, chłopak skręca w nieznaną uliczkę i trafia na niewielki skwer, uświadamiając sobie, że znalazł się w pułapce. Muzyka zwalnia. Z trzech różnych stron wychodzą wrogowie, Reinmar jest otoczony. I gdy wydaje się, że bohater pożegna się z życiem (a muzyka prawie się zatrzymuje), niespodziewany hałas odwraca uwagę wszystkich, a Reinmar uderza mocno jednego ze zbirów i pędzi dalej, tym razem już skutecznie wymykając się zasadzkom.

A co to za huk wystraszył najemników czyhających na życie Reinmara? To wojsko powracające z wygranej bitwy i ich strzały z bombardy na wiwat. A co robią wojacy po walce? Ano piją! I do tego także znajdzie się muzyka. „Spin„. Zaczyna się niepewnie. Tak jak kroki pijanego żołnierza, który idzie właśnie na stronę i musi uważać, by nie paść na twarz. Ale tuż po tej batalii ze swoim ciałem – która wydaje się być trudniejsza niż wcześniejsza krwawa bitka – na nowo rozpoczynają się hulanki i swawole, piwo miesza się z winem, a tłuszcz z potraw spływa po brodach żołnierzy.

Kolejny rozdział to delikatne, subtelne „Grey Hour / Szara godzina„, w którym widać smutną, nieco rozmarzoną twarz Reinmara wspominającego swoje kochanki, w szczególności Nikolettę. Jej zmysłowe ciało, pełne wargi, delikatna skóra i… coraz bardziej rwany oddech. Resztę możecie dopowiedzieć sobie sami.

Właśnie. Resztę możecie dopowiedzieć sobie sami. Ja słyszę tu jeszcze piosenkę, którą mógłby grać zespół na sutej uczcie na zamku u księcia, muzykę nadającą się na pożegnanie poległych podczas bitwy lub na rozstanie się z przyjacielem. Co piosenka, to inna opowieść. Myślę, że sami opowiecie sobie te historie równie obrazowo jak ja, bo do tego zmusza „Nomadism”.

W wymowie poszczególnych utworów na pewno pomaga ich długość – rzadko który z nich przekracza trzy minuty. Momentalnie zatem uderza nas motyw przewodni, zazwyczaj to wygrywana na skrzypcach melodia, później muzycy nieco się od niego odrywają – przyspieszając lub zwalniając – i kończą utwór. Wszystko dzieje się szybko, nie ma czasu na monotonię i nudę. „Nomadism” to energia, radość, optymizm, szczęście, dosłownie same pozytywne skojarzenia.

Zbyszek Michałek, Jan Kaczmarzyk i Krzysztof Lasoń na skrzypcach, Stanisław Lasoń na wiolonczeli i Robert Waszut na kontrabasie – to oni, czyli VOŁOSI, są odpowiedzialni za przeniesienie was w zupełnie inny wymiar. Kupcie zatem bilet na wyprawę i ruszajcie z nimi podróż. Zapewniam, że warto.

 

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.