Polski rap 2016: TOP 12

Były zaskoczenia, płyty przegapione, rozczarowania i przyszedł wreszcie czas na najlepsze płyty z polskiego rapu w 2016 roku. Tym razem aż 12 pozycji.

Zestawienie dojrzewało przez cały rok, jednak różnice pomiędzy poszczególnymi miejscami są niewielkie. To płyty, do których wracałem, które mnie wzruszały, prowokowały do myślenia, zaskakiwały lub po prostu dawały radość z ich odsłuchu. Pewny byłem tylko tego, które dwa albumy znajdą się na szczycie, chociaż w ich przypadku też wahałem się do ostatniej chwili, jeśli chodzi o ich kolejność. Lista jak zwykle jest najmojsza, więc zachęcam do niezgadzania się i kłótni.

12. Taco Hemingway „Wosk”
RECENZJA
Najpierw niemożliwe rozdmuchany hype, teraz – kiedy o Taco wiedzą już wszyscy – kolejni dziennikarze zaczynają się od niego odwracać i są gotowi skrytykować go za wszystko, a już najbardziej za to właśnie za to, że stał się popularny. O tym, jak odbierany jest Taco ciekawie w Dwutygodniku pisze Piotr Kowalczyk w artykule „Świat jest wuefem„. Nie do końca zgadzam się z gloryfikowaniem „Marmuru”, bo ta historia nie magnetyzuje jak „Trójkąt warszawski”, niemniej wydany wcześniej „Wosk” to naprawdę porządny krążek, i muzycznie, i tekstowo. A choćby Filip się zapętlał, to jego styl i sposób pisania wersów wciąż jest na tyle unikatowy, że zasługuje na wyróżnienie.

11. Greenzki/Gres „Fraktal”
Mam wielką słabość do rapu Gresa z powodu jego poetyckich zapędów oraz dbającej o detale i przekazującej sporo emocji narracji. Greenzki, który do tej pory był dla mnie zwykłym, trochę nijakim MC, jest tutaj świetnym kontrastem, sprowadzającym Gresa z gwiezdnych wycieczek Wostokiem na twardą ulicę. Sportretowanie wschodniej Polski w kawałku o znaczącym tytule „Polska_B” oraz Łodzi, gdzie na deskach teatru „Paradyż”, występował Ira Aldridge to najbardziej wybijające się utwory z „Fraktalu”. Obok nich, obok tego kontrastu, ale też uzupełniania się obu raperów mamy dwa całkowicie odmienne, choć równie dobre ich solowe utwory – „Sen” Gresa (czy kogokolwiek dziwi tematyka?) i „Zielony jest w formie” Greena. Do tego dochodzą bity O.S.T.R.a w klasycznym wydaniu, czasami może nieco bardziej oniryczne, ale przede wszystkim z pięknie zsamplowanymi instrumentami i wykorzystaniem choćby fragmenty urzekającej „Ballady o czasie nieutraconym” Andrzeja Dąbrowskiego. Mam przeczucie, że to płyta, do której będę regularnie wracał.

10. Eskaubei i Tomek Nowak Quartet „Tego chciałem”
RECENZJA
Ich poprzednia płyta trafiła do zestawienia zaskoczeń, ta zasługuje już na zestawienie główne. Połączenie rapu Eskaubeia i muzyki granej przez kwartet Tomka Nowaka w końcu osiągnęło właściwe proporcje – nikt nie zabiera nikomu miejsca, a zarazem każdy może zaprezentować swoje umiejętności. Jako że w recenzji zawarłem w zasadzie wszystko, co chciałem, słówko na nieco inny temat. Chciałbym, żeby udało się w tym roku wystąpić tej ekipie na jakimś polskim hip-hopowym festiwalu (najlepiej w Płocku). W zeszłym roku byli na Kempie i podobno dali świetny show, warto dać im zatem szansę i u nas. Tak, to niemodny hip-hop. Tak, łatwiej zaprosić jakiegoś młodego „fejma”. Ale dajcie ludziom zapoznać się z czymś takim.

9. Bleiz „Grill-Funk 2”
RECENZJA
Bleiz na bitach Etena dostarczył nam lekką i przyjemną wakacyjną płytę, która może przygrywać nam podczas letnich wyjazdów, kiedy chcemy uciec od wszystkiego, co zaprząta nam umysł. Niewiele podobnych płyt powstaje w Polsce, więc trzeba doceniać te zmuszające do kiwania nóżką kalifornijskie podkłady z piszczałami i klawiszami oraz rapera, który gdzieś ma wszystkie wyścigi i chce żebyśmy odprężyli się razem z nim. Oprócz rapu Bleiza sporą wartością „Grill-Funku 2” są świetne refreny śpiewane przez Cywinskiego, Basię eM i Jazzy. Więcej takich płyt poproszę.

8. Sarius „I żyli krótko i szczęśliwie”
O Sariusie pisaliście w kontekście zaskoczeń i przegapień. Co do pierwszego: jakie to zaskoczenie, skoro Mariusz świetnie zaprezentował się choćby na „Gdzieś to już słyszałem” – chyba że AŻ TAK dobrej płyty się nie spodziewaliście. Co do drugiego, absolutna prawda, ale jak on by tam wyglądał? Jak tytan obok zwykłych wojowników. Na nowym projekcie oprócz tego, że kolejny raz imponuje niezwykle wszechstronnym flow uderza to, jak Sarius walczy ze sobą – z jednej strony jest tak pewny siebie i swojej pozycji, że trąci arogancją, z drugiej – sprawia wrażenie zagubionego, pogrążonego w depresji i mówiącego o śmierci gościa. Zaskakuje też odpowiedzialny za muzykę duet Voskovy, których przepełnione cykaczami i doganiające obecne trendy podkłady brzmią tak dobrze, jakby od zawsze mieszali elektroniczne, syntetyczne dźwięki z hip-hopem i z pogardą patrzyli na sample. Panowie, zrobiliście życiówki.

 7. O.S.T.R. „Życie po śmierci”
TEKST O PŁYCIE
Ta płyta rozeszła się już w ponad 100 tysiącach egzemplarzy, a przypominam, że to album gościa, którego kilka lat temu wszyscy mieli dość. Adam wrócił jednak na najwyższy poziom rapowania, a do tego miał do opowiedzenia wzruszającą do łez historię walki z chorobą. Wyszło. Poszczególne kawałki to rozdziały, w których O.S.T.R mówi o tym, jak uświadomił sobie, że ma problemy z płucem, jak doszło do diagnozy, operacji, jak wracał do zdrowia, a my razem z raperem możemy przeżywać jego doświadczenia. Chwile wytchnienia przychodzą pod koniec albumu, czego punktem kulminacyjnym jest zwrotka jego syna. Muzyka, jak zwykle to bywa na płytach O.S.T.R.-a, stoi na poziomie światowym. Odpowiadający za nią Killing Skills, Steve Nash i sam raper postawili na wyważone, pełne syntezatorów podkłady.

6. Łona i Webber „Nawiasem mówiąc”
Nie zaskoczyli. Łona dalej w ironiczny i dowcipny sposób komentuje rzeczywistość, dostrzegając więcej niż przeciętny obywatel, a w jego tekstach pełno ukrytych w metaforach sensów. Webber ciągle dłubie elektroniczne, oszczędne, ładne zaaranżowane podkłady („What I Owe?”) z uroczymi ozdobnikami, takimi jak np. klawisze w „Doklej plakat”, które są dla niego tak charakterystyczne, że nie musiałby ich podpisywać. Kolejny raz udało się tym dwóm starym kumplom stworzyć zarówno ciekawe narracje („Sprawy wewnętrzne”, „Doklej plakat”), jak również stworzyć singiel roku („Błąd”). Tak, zupełnie nie zaskoczyli – jak Łona i Webber wydają krążek, to z góry wiadomo, że trzeba zostawić im miejsce w podsumowaniu.

5. Emapea „Seeds, Roots & Fruits”
Wydana w amerykańskim Cold Busted płyta polskiego producenta to esencja hip-hopu z duszą, jaki znamy choćby z produkcji Pete Rocka. Emapea fenomenalnie dobiera sample – ta trąbka w utworze „Laka” czy te budujące klimat, genialnie wplecione klawisze w „Strange Seed”! Producent czerpie głównie z jazzu, ale mamy też funk („What the Funk”) czy reggae („Timewarp”). Niejednorodny jest także nastrój płyty wahający się od słonecznych, ciepłych brzmień, przez ostrzejsze, motywujące wręcz dźwięki, aż do klimatu deszczowych ulic z wyłączonymi latarniami. Nawiązując do tytułu, Emapea sieje ziarno miłości do hip-hopu, wraca do korzeni, a my słuchamy owoców jego starań.

4. Paweł Bokun „Pjes uliczny”
Dawno nie mieliśmy na scenie gościa z taką osobowością. Abstrakcyjny humor stawia obok prostackich żartów, a pod kołderką tego zabawnego, bekowego klimatu kryje się facet walczący ze swoimi demonami i często przegrywający te bitwy. (Swoją drogą, rzućcie okiem na genezę tytułu płyty). „Pjes uliczny” to przede wszystkim rozśpiewany i roztańczony materiał, który ma nas cieszyć, ale Bokun, który jest też producentem krążka, przemyca także klimaty podobne do ostatnich dokonań Drake’a oraz trochę cloudów. To niesamowicie różnorodny materiał zdradzający spore zdolności aranżacyjne Bokuna oraz przekonujący, że ma pomysł na siebie i swoją twórczość. Wiecie dobrze, do czego nawiązuje okłada „Psa ulicznego” i mam nadzieję, że właśnie w tym kierunku będzie podążał Paweł nie tracąc przy tym swojego humoru.

3. Kaz Bałagane „Radio Gruz”
Kaz to gość, który w ubiegłym roku robił zdecydowanie najwięcej ruchów. Po niezłym, choć niespełniającym oczekiwań „Źródle” wydał najlepszy materiał w dotychczasowej karierze, czyli „Radio Gruz”. Dopiero na tym projekcie w pełni zrozumiałem fenomen Kaza – rapera związanego z ulicą, brutalnie bezpośredniego, opowiadającego w żołnierskich słowach o seksie i narkotykach, a jednocześnie dbającego o to, by jego numery nie były szorstkie, a maksymalnie wygładzone, chwytliwe, wpadające u ucho. Zresztą prawie wszystkie refreny z tej płyty, na czele z „Pół talerza”, trudno wyrzucić z głowy. Charakterny raper ze sporym zestawem one-linerów i podkłady ocierające się o klasę światową – to musiało się udać.

2. Ucieczka z Kolonii „Ucieczka z Kolonii”
Jeszcze wczoraj najnowszy materiał Roszji i Magiery znalazłby się u mnie na szczycie listy. Pasowałby tam. Podobnej muzyki nie znajdziecie nigdzie – futurystyczny sznyt, masa syntezatorów, miliony przeszkadzajek, idealnie oddanie cyfrowego świata z opowieści, a przy tym maksymalnie zachowanie taneczności. Roszja znowu rapuje o przyszłości – w jego dystopicznej wizji ucieka z zepsutego eksperymentami i chęcią władzy świata. To mniej spójna i fabularna historia niż wspaniałe „Wbrew wskazówkom”, niemniej raper wyraźnie zaznacza na niej swoje zdanie. Początkowo album wyszedł tylko na winylu, teraz odsłuchać mogą go już wszyscy, a miejmy nadzieję, że uda przekonać się twórców, by wydali ten krążek także na CDku. Cóż, absolutnie fantastyczna płyta, która zasługuje przede wszystkim na większy odbiór.

1. PRO8L3M „PRO8L3M”
RECENZJA
To płyta, do której zdecydowanie najczęściej wracałem w ubiegłym roku. Być może Steez przegrywa z Magierą, bo częściej idzie na łatwiznę w swoich produkcjach, jednak jemu także udało się wyprodukować bardzo charakterystyczne,  eklektyczne, wciągające bity. Być może Roszji łatwiej niż Oskarowi przychodzi opisywanie przyszłości, jednak to Oskar za pomocą ledwie kilku słów potrafi namalować cały obraz. Na pewno to warszawskiemu duetowi udało zrobić krążek, którego nie chce się wyciągać z odtwarzacza. Fenomenalne wypadają poszczególne kawałki: utwór „Dr Melfi” dotyczący znanej prawdy, że miliony na koncie nie zapewniają pełni szczęścia uważam za najlepszy tegoroczny numer, „VHS” to definicja tego, jak facet powinien pisać o seksie, „Toast” to najlepszy w ostatnich latach kawałek o piciu alkoholu, „Molly” to świetny singiel o równoległej rzeczywistości. Tak jak pisałem w recenzji – daleko mi do hedonistycznego stylu życiu opisywanego tu przez Oskara, ale jest coś w podświadomości mężczyzny, że lubi te teksty, a chęć dążenia do tego by mieć więcej tkwi chyba w każdym z nas. Wspaniały album.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.