Tańczący z wilkami: książka vs film

Kadr z filmu

„Tańczący z wilkami” to kolejny przykład na to, że z nijakiej książki można zrobić świetny film.

Podsumowując mój filmowy 2016 rok wspomniałem o „Tańczącym z wilkami”, którego obejrzałem mniej więcej rok temu. Trochę wstyd było mi się przyznawać, że tak późno zapoznałem się z tym klasykiem; to trochę tak jakbym nie znał „Na legalu”, ale przecież każdy ma takie braki, prawda? Co jeszcze śmieszniejsze, okazji do obejrzenia miałem co niemiara, bo film z Kevinem Costnerem jest jednym z ulubionych filmów mojego taty (konkuruje chyba tylko z „Ostatnim Mohikaninem”) i pamiętam jak w dzieciństwie bawiłem się VHS-em z tym filmem.

W każdym razie obejrzałem i się zachwyciłem. Może to i oklepana historia o białym wśród dzikich, ale fantastycznie zrealizowana – muzyka, zdjęcia, wspaniała Mary McDonnell w roli Uniesionej Pięści. Trzy godziny z tym filmem zlatują błyskawicznie. O szczegółach nie będę się rozpisywał, bo film pewnie znacie, a jeśli nie, to napisano o nim wszystko, więc garść moich truizmów może wydać się jedynie karykaturalna.

Więcej chciałbym napisać o książce. Dobrze wiecie, że z reguły to właśnie literackie pierwowzory są lepsze niż adaptacje, jest w nich więcej wątków i kontekstów, lepiej poznajemy poszczególnych bohaterów i tak dalej. Niestety, w książce Michaela Blake’a tego nie znajdziecie. „Tańczący z wilkami” jest napisany niebywale topornie. Nie wiem, ile w tym zasługi polskiego tłumacza, który „indiańskie plemię” uparcie tłumaczy jako „indiańska horda”, w każdym razie książka napisana jest stylem gościa tuż po warsztatach dla młodych pisarzy. Nie czytałem oryginału, więc nie wiem, czy nie zawalił tego tłumacz, niemniej są rzeczy, które na pewno schrzanił Blake, a najważniejszą z nich jest sposób opowiadania tej historii. O ile na początku autor zmienia narratora i pokazuje perspektywy różnych postaci, później trzyma się już głównie porucznika Dunbara, kompletnie przestając interesować się tym, co myślą o nim Indianie. Akcja też niemiłosiernie się wlecze, a przyspiesza wolnej od TIR-a na wzniesieniu – w porównaniu z filmem różnica jest kolosalna. „Głębokie” przemyślenia Dunbara także nie ubogacają specjalnie powieści, nie mówiąc już o niektórych dziwnych motywach jego posunięć. To wszystko robi z „Tańczącego z wilkami” męczące, trochę naiwne czytedełko, którego jedynym urokiem jest osadzenie go w kulturze Indian, do których od zawsze mam pewną słabą. A że ich życiu, obrzędom i wierzeniom Blake poświęcił trochę miejsca, to dało się tę powieść dokończyć.

Krótko mówiąc, film jest wybitny, książka do bólu przeciętna. W adaptacji wyrzucono z niej niepotrzebne fragmenty, zadbano, by fabuła nabrała właściwego tempa i by z ciekawością czekało się na kolejne wydarzenia, a piękne zdjęcia i świetna gra aktorska zrobiły swoje. Jeśli widzieliście film, to nie macie co tracić czasu na książkę.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.